Nie przeglądałem statystyk odwiedzin bloga, ale pewnie jest ich tyle ile słonecznych dni w tym tygodniu czyli 0. Brak wpisów jest jednak spowodowany rzetelną i systematyczną pracą w temacie o którym piszę czyli treningu biegowym. Po licznych kłopotach zdrowotnych, przerwach dłuższych i krótszych znów trenuje ciężko.
Ciężko to niestety nie znaczy tak jak przed kontuzjami, ale od czegoś trzeba zacząć, a jak każdy biegający wie zaczyna się ciężko. :) Co prawda jestem już po ok. 3 tygodniach solidnego biegania podczas którego robiłem BZNP (12km 3:50, 3:40, 3:30), który w rzeczywistości był biegany w tempach ok. 10 sekund szybszych. Głównie jednak skupiam się na spokojnym bieganiu sporej jak na początek ilości kilometrów, a wszystko w towarzystwie krzyczącego na mnie pulsometru.
Dostałem porządną reprymendę na temat tempa wybiegań i teraz nie pozostaje mi nic innego jak truchtać do tętna 150.
Najważniejsze jest jednak to, że motywacja nie opuszcza choć po ciężkim dniu w pracy wydaje się, że nie przebiegnę kilometra.
Trening idzie coraz lepiej i nie przeszkadza w tym ani pogoda, ani nawał pracy.
Sobota to 6x1000m na bieżni elektrycznej z przerwami 3:00. Tempa odpowiednio: 3:05, 3:00, 3:00, 2:55, 2:55, 2:50 i co ciekawie maksymalne tętno osiągnąłem na 3 odcinku i było to 193. Pozostałe odcinki w okolicach 188-192. Wszystko szło gładko i bez problemów.
Wczoraj biegałem dłuższe wybieganie 1:40h w tempie ok. 4:00 na średnim tętnie 159. Gdyby mało komfortowy deszcz, który przemoczył mnie na wylot. :/
W mojej głowie powoli kiełkuje myśl o pierwszym normalnym starcie w tym roku. :) Co prawda w kalendarzu nic ciekawego nie ma poza jakimś biegiem Sokoła o paczkę draży (jak to kolega Krzysztof B. powiadał), ale nawet w tym przypadku jest mały problem. Google nie wie gdzie te Sokoły mają biegać. :) (jakoś nie chciało mi się już dokładnie szukać)
Jeżeli chodzi o sam trening to idzie dość sprawnie i jest po prostu dobrze. Dziś miałem leciutki dzień z 10km wybiegania i 10 rytmami w Lunarach, które odleżały się w pudełku. :) Po ostatnim zakupie butów na codzień wpadłem na niezbyt genialny pomysł, żeby wymienić wyściółki i zrobić tym sposobem większą przestrzeń dla mojej giry. :) Udało się i "karłowate" startówki niedość, że jeszcze lżejsze to i idealne na moją stopę. Dziś zrobiłem w nich rytmy i latałem jak dawniej. :)
Jutro biegam coś w stylu tempa czyli ok. 30minut w żwawym tempie. Zobaczymy jak pójdzie. :)
Nie mogę chyba zaprzeczyć, że jestem kompletnie uzależniony i gdyby nie coś co pozostało mi pod mózgoczaszką pewnie biegałbym 2,3 razy dziennie. Niestety rozsądek podpowiada, że nogi nie są jeszcze gotowe na wielką objętość dlatego biegam mniej, ale zdecydowanie szybciej. Ostatnio zdarzyło mi się pobiec 7km tempa w 3:20-3:25, kończąc całość dwoma 1000m odcinkami w tempie 3:01 i 2:55.
W między czasie zrobiłem kilka wybiegań, które nie są dłuższe aniiżeli 15km, ale za to trochę szybsze niż "zwykłych" biegaczy. Tempo oscyluje w przedziale 3:45-4:15. Po dwóch tygodniach regularnego treningu zachciało mi się więcej i dziś zrobiłem 1h40min biegu w tętnie 175-180 (co wcale nie jest proste w górzystym terenie Bielska-Białej), tempo zmierzone na początku to 3:32, ale w późniejszych fazach treningu stopniowo spadała albo rosło w zależności od ukształtowania terenu, by na końcu spaść pewnie do 4:00. Nie jestem może "poobijany", ale dostałem dziś w kość.
Sam trening był całkowicie spontaniczny nie podyktowany żadnym konkretnym planem, ale w moim przypadku podczas powrotu do stanu używalności nie powinnien zaszkodzić. Na pewno dodał sporo motywacji do dalszego coraz cięższego treningu. Dodatkowo 1:40h biegania w dobrym tempie to wielka frajda i satysfakcja. :)
Kilka dni regularnego treningu i już widać efekty. :) Puls obniżył się znacząco, wczoraj podczas długiego wybiegania przy bardzo dobrym tempie na końcu (ok. 3:15-3:20) było to jakieś 175 uderzeń na minutę co przypomina czasy "świetności". :)
Dziś serce też nie zawodziło, choć nogi nie chciały współpracować tak jak było to wczoraj czy przedwczoraj.
Sporo ludzi pyta mnie gdzie startuje, a ja spokojnie odpowiadam, że narazie czas na pierwsze cięższe treningi, a nie starty. Mam nadzieje na miesiąc bez urazów, które jeszcze minimalnie mi przeszkadzają fizycznie i psychicznie. Fizycznie doskwiera mi jeszcze przykurcz w lewym dwugłowym, a psychicznie każdy mały ból, który w głowie zapala czerwone światło.
Ojj, ałćć, k...a. Tak najkrócej, a za razem wystarczająco treściwie można opisać dzisiejszy dzień.
Nogi prawie odpadły mi od d...y jakieś 6km przed domem, choć bolą od momentu kiedy otworzyłem lewe oko.
Jeszcze nie dorobiłem się spreżyn w nogach prosto od inspektora Gadżeta czy wrotek ukrytych w butach (w Anglii dzieciaki często takie mają, ale Polska biedna), więc męczyłem się cały dzień niemiłosiernie wiedząc, że muszę jeszcze obiec jakąś sporych rozmiarów pętelkę.
Na szczęście jednak mam pod domem basen z sauną i hydromasażem, więc nie zastanawiając się długo (szczególnie, że płace plastikowym karnetem, więc nie żal 10zł :)) wskoczyłem do 100 stopni pełnych przygrubych facetów myślacych, że skoro się pocą to chudną. :) Było przyjemnie szczególnie kiedy wracałem spacerkiem do domu w lekkim deszczu. Nie czułem już odpadających nóg (a wciąż jeszcze się trzymały), do tego słuchałem w kółko Adele - Chasing pavements (LIVE) z szalonym śmiechem jej samej na końcu.
Rewelacja polecam.
P.S. Zdjęcie tytułowe przedstawia Jo Pavey na MŚ Osake 2007. Myślę, że ją nogi bolały wtedy podobnie jak mnie obecnie, więc mimo, że nie miałem niestety okazji jej poznać łączy się ze mną w bólu. (nawet jeśli o tym nie wie) Szczególnie, że ciężko trenuje co było widać w Londynie. (10k - 32:22)
P.S. 2 Wczoraj dostałem propozycje wyjazdu na 3 tygodniowy obóz do St. Moritz. :)
Wraz z przypływem dużej ilości motywacji i odpływem sporej ilości płynów podczas półtorej godzinnego wybiegania po górach postanowiłem coś napisać. Wreszcie jest o czym. Chcę uspokoić, że nie będzie na temat wizyty Baracka (choć kiedyś obiecałem) czy wpływu tak wysokiej tmeperatury na rozwój stonki ziemniaczanej.
Trenuje od kilku dni normalnie, więc jest czym się chwalić. Pewnie na nikim nie zrobi wrażenia 20km wybiegania (a bardziej ciągły) w tempie 3:55, ale to jest coś na co mnie obecnie stać. Nie wiem czy stonka rozwija się szybciej w 35 stopniowym upale czy może wymiera, ale ja rozpływam się jak Snickers który zapomniany przeleżał 3h w naszej kieszeni.
Ostatnio nawet "musiałem" pokazać tors, a wszystko przez ocierającą, spoconą jak po 10h roboty w polu koszulke. Gdyby nie straszoncy rowerzysta (wie o którym mówie) przez którego wpadłem w jakieś ciernie to było nawet przyjemnie, szczególnie, że wzbudzałem zainteresowanie płci przeciwnej co dawno mi się nie zdarzyło. :)
Dziś w deszczu kolejne 1:30 zaliczone, ale tym razem w wolniejszym tempie.
Na koniec chciałbym oddać hołd moim "ukochanym" Nike Mayfly, które dziś dokończyły swój żywot i z wyraźnymi ranami ciętymi chyba zostaną pogrzebane. :/ :)
Pewnie kilku z Was zastanawia się czy nie zniknąłem gdzieś w beskidzkiej "dżungli" zjedzony przez niedźwiedzia czy dzika. Spokojnie, bez obaw jestem żywy i już prawie zdrowy.
Nie piszę nic na blogu, bo nie ma o czym chyba, że interesuje kogoś mój rekordowy czas koszenia ogrodu. Sąsiedzi pomimo, że dobrze mnie znają i wiedzą, że nie zbyt równo mam pod sufitem byli mocno zdziwieni widząc biegającego gościa z kosiarką. Autentycznie byłem tak głodny jakiegokolwiek wysiłku, że biegałem w tempie 4:00 [:)] z kosiarką bez napędu. :P
Sezon, więc nie jest stracony, bo pierwsze rekordy padają. :P
Poważniej mówiąc noga powoli przestaje boleć, ale jeszcze nie nadaje się do mocnego obciążania dlatego przesiadłem się na rower szosowy. Karbonowe widelce, buty SPD i kilka innych bajerów których nie widział nawet sam James Bond, a nogi i tak bolały. :)
Co ciekawe pomimo iż na rowerze jeździłem ostatni raz niedługo po moich komunijnych uroczystościach to szło całkiem dobrze. Przełęcz Przegibek podjechałem w dobrym czasie nawet gdy oceniał to mój dobry przyjaciel kolarz. Co prawda brakuje mi jeszcze trochę do jego czasu, ale moje czterogłowe nie są przyzwyczajone do wysiłku. :)
4km podjazd wyjechaliśmy w 12:58 choć zacząłem bardzo mocno, bo w granicach 24km/h (przewyższenie ok 10-12%). Dla porównania rekord Michała to 10:38 (bodajże).
Mówiąc szczerze rewelacyjnie tak się zmęczyć po dłuższej przerwie. :))
Męcz się narodzie. :))
P.S. Ostatnio nie mam jakoś apetytu (nie jem obiadów), więc chudne nie trenując. :)
Pobiegałem kilka dni normalnie i wracam do żywych zalicznanych do 2 grupy inwalidzkiej. :) Nie ma renty trzeba "robić", ale "robota" (trening) jeszcze sprawia trochę bólu. Nogi po 2 tygodniach siedzenia przd laptopem i zajmowaniem się najwyżej przestempowaniem z jednej na drugą (gdy nie chce się iść do WC) bolały cholernie.
Dziś skorzystałem z porad profeshonalnego fizjoterapeuty, a bardziej fizjoterapeutki i dowiedziałem się sporo ciekawych rzeczy na temat cherlawego ciała. Najważniejsze jest to, że mój tyłek nie pracuje poprawnie i muszę nad nim popracować. Nie chodzi tu o problemy z trzymaniem czegokolwiek, a o mięśnie pośladków. W dużym skrócie mówiąc zamiast pracować pośladkami robię to mięśniami dwugłowymi ud, które są przez to obciążone. Dodatkowo ój dowiedziałem się, że mój lewy czterogłowiec jest dużo słabszy od prawego, a do tego wszystkiego pozbyłem się wkurzającego bólu po portugalskiej kontuzji.
Teraz czas ćwiczyć tyłek i wydłużać krok. :)
Specjalne podziękowania dla Olgi za fachową pomoc.
Z niezrozumieniem dla 2 mld ludzi oglądających ślub obcych ludzi z obcego państwa i bez wielkiego zachwytu nad beatyfikacji Jana Pawła II zacząłem biegać. :) 15km w niezłym tempie dało trochę popalić mojej lewej kulawej jeszcze nodze. Jestem jednak na stanowisku cały i zdrowy. :) Tempo nie było zachwycające koło 4:10, ale po 2 tygodniach bez bieganie nie ma co szaleć i "rozszerzać" płuc na siłe.
Dziś też byłem jako kibic na kolarskim wyścigu na czas. Całkiem miło popatrzeć przez okno samochodu na kogoś kto męczy się niemiłosiernie. :) Gratulacje dla Michała za 8 miejsce.
P.S. Gratulacje też dla Jarka, który wygrał bieg na Grojec (o draże, ale zawsze)
Ostatnimi czasy zaniedbuje wszystko co związane z bieganiem, ale na moje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że to nie moja wina. Moja cholerna stopa żyje chyba swoim życiem i nie chce dostosować tempa gojenia się do moich potrzeb. :/
Siedzę więc w domu robiąc niewiele, choć staram się ćwiczyć mięśnie brzucha, które zawsze były jakoś zaniedbywane z braku czasu. Pracuje, więc jak sporo ludzi nad wiosenno-letnim kaloryferem z żelaza. :)
Słucham mnóstwo różnorodnej muzyki zaczynając od soulu lat 70 przez rumuński folk, kończąc na rapie prosto z Queens. Właśnie leci cover Loe in this club Ushera zrobiony na Elvisa przez The Baseball.(jeśli ktoś jest zainteresowany tytułami to chętnie się podziele, bo są tam perły i to nie rzeczne)
Dziś noga pozwoliła potrychtać wraz z Anielą Nikiel i resztą grupy biegambolubie. Wydaje mi się, że nie można zacząć dnia lepiej szczególnie jeśli ma się do dyspozycji idealną pogodę i las. :)
Nie wiem kto z was śledzi wyniki biegów odbywających się w Polsce, bo ja często niestety nie mam na to czasu. Jeśli jednak ktoś jest takim szcześliwcem, że ma go na tyle to może wie, że przy moim nazwisku widnieje DNF. Niestety stary chłop zaczął się sypać i tym razem nie wytrzymało rozcięgno podeszwowe. Boli jak cholera.
Kuleje więc w niższym tempie. Nadrabiam w innych dziedzinach.
Dziś np. kosiłem ogród pierwszy raz w tym sezonie, ale wcześniej musiałem naprawić kosiarkę, bo nie chciała zapalić po zimie. (zapchany gaźnik) Wczoraj nosiłem gruz z remontowanego garażu, sprzątałem itp.
Oglądam też trochę filmów (2), bo tego dawno nie robiłem. Jak zwykle słucham mnóstwo muzyki, a dziś wpadłem na dwie płyty Kings of Leon. Mój Foobar pokazuje, że przez ostatnie 1,5 roku słuchałem muzyki przez 3 tygodnie 4 dni 22 godziny 32 minuty i 20 sekund wszystko to nie licząc 1,5-2h słuchania podczas biegania i kolejnego 1,5h w autobusach.
Ostatnio zdałem sobie sprawę, że moje uszy odetkane są jedynie gdy jem śniadanie i podczas 8 godzin pracy. (śpie w stoperach)
Mam nadzieje, że jutro potruchtam albo wybiorę się na basen, ale to zależy już tylko od stopy.
Peace.
P.S. Polecam film "Morning Glory". Lekki, przyjemny i bardzo motywujący do pracy.
Tak jak obiecałem tak i będzie tylko może z małym opóźnieniem. :)
Zbliżają się święta, a ja zamiast zająca z kapelusza wyciągnąłem karpia z Lunaracer 2. Piękna wiosenna pogoda przelała przez moje portki hektolitry wody. Wcześniej jednak udało mi się zrobić to co zamierzałem czyli 10x600m w tempie 1:42-1:50. Jeżeli chodzi o samopoczucie to nie jest najgorzej choć borykam się z przykurczem w lewym dwugłowych uda co jednak przeszkadza tylko przy niskich prędkościach.
W niedziele startuje 10km w Cieszynie i mam nadzieje podejść do tego z dużym dystansem. Zdaje sobie sprawę, że nie jestem w najwyższej dyspozycji, więc zacznę powoli w granicach 3:15-3:18.
Dziś krótko i na inny temat. (jutro napiszę o treningu :))
Spędzam obecnie sporo czasu przed komputerem wprowadzając swoje szalone pomysły w życie. Sprawia mi to wiele frajdy i chętnie podziele się z Wami wynikami prowizorycznej jeszcze pracy.
Strona oczywiście będzie przygotowana we Flashu, więc to jedynie pierwszy zarys. (możliwe, że jeśli się nie spodoba to nigdy nie powstanie)
Włączcie background Briana Eno- An Ending, dodajcie bicie ludzkiego serca przeplatane z alfabetem morsa. Wychodzi bardzo dobry podkład.
Vitargo krąży już w moim krwioobiegu prawie jak w Wielkim Zderzaczu Hadronów i może nie powstanie z tego krążenia bozon Higgsa, ale chyba warto, bo jutro będzie minimalnie lżej.
Po zaobserwowaniu, że przy udziale ewolucji bieg stał się dla mnie naturalną formą ruchu nie zakończyłem obserwacji i doszedłem do jeszcze dziwniejszego wniosku. (cholera znów Marek opieprzy mnie, że zbyt złożone te zdania)
Nie wiem jak szybko postępuje ewolucja, nie jestem też wielkim fanem "Zmierzchu", ale chyba zamieniam się w wilkołaka. Nie piszę tu o rosnących włosach na plecach (nie rosną mi jeszcze) czy 3 dniowym zaroście, ale wpływie słońca na moje samopoczucie. Przedwczoraj biegałem 80 minut po zachodzie słońca i było rewelacyjnie, zero zmęczenia just pleasure. Wczoraj truchtałem w męczarniach przy naturalnym świetle i myśląc, że biegnę do tyłu. Dzisiejszego dnia jak wilkołak czy brzydal chowający się w ciemnościach gnałem przez osiedla i znów just pleasure.
Nie rosną mi kły, ogon czy szpiczaste uszy, ale obawiam się tego. :)
Może ktoś czytający wie co może być grane??
P.S. Dziś biegałem 100m odcinki na maksa i wychodziło coś koło 11-12 sek.
Słuchałem w kółko tych bębnów, które mocno nakręcają do szybkiego biegania.
Dzisiejszy dzień przekonał mnie, że jestem ssakiem przeznaczony do biegania. Skąd te wnioski?? Gdy rano otworzyłem najpierw lewe oko, a potem opuściłem prawą nogę na podłogę stwierdziłem, że nie jest dobrze.
Wszyscy Ci którzy mieli okazje pobiegać w kolcach wiedzą o czym mówię. :) Ja wczorajszego dnia podczas sporych rozmiarów wichury biegałem 6x1000m. Wszystko było dobrze do dzisiejszego dnia. :) Tempa 3:03, 3:05, 3:02, 3:11 3:05, 3:03 (czy coś takiego nie pamiętam dokładnie) i mówiąc szczerze pomimo tego, że moje 58 kg mięsa i podrobów zatrzymywały się praktycznie na jednej z prostych było całkiem przyzwoicie. Noga nie bolała, płuca i serce działało poprawnie.
Niestety tak jak po japońskim tsunami świt odsłonił zgliszcza. :) Wychodzenie po schodach nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie, a podczas schodzenia wyglądam jakbym przekroczył właśnie 90-ty rok życia i pamiętał jak Niemcy wchodzili do Warszawy.
Wszystko to nie jest śmieszne choć może tak wyglądać. Jest jednak jedno "ale" i to przemawiające za tym, że jednak nie skończyłem jeszcze 90-tki, a jedynie 23. :) Bieganie. Można powiedzieć naturalna forma poruszania się dla tegoż 58kg "ludka" (jak nazywała mnie swego czasu jedna osoba).
Wychodząc przez próg, myślałem, że dobiegne najwyżej na cmentarz (mieszkam 300m od niego), ale okazało się, że dziś obędzie się bez natychmiastowego pochówku. Biegało się bardzo przyjemnie bez jakiegokolwiek bólu nóg czy innych części ciała. (boli mnie też zad) 15km wybiegania zaliczone. Jest niestety drugie "ale".
Nie mam zamiaru pisać "Raportu na temat stanu Rzeczpospolitej", bo każdy widzi jak wygląda jego Rzeczpospolita. Nie chodzi mi tu o kłótnie Kurskiego z Szejnfeldem w programie "Kawa na ławę", a bardziej to czy mamy po czym jeździć, biegać czy parki są zaśmiecone i odstraszają wszystkich, którzy chcieliby przekroczyć ich bramy z dziećmi.
Niestety w Bielsku-Białej śmieci nie brakuje i postanowiłem zareagować na tą obojętność i kretynizm ludzi zaśmiecających nasze i tak niezbyt czyste środowisko. Po prostu napisałem do radnego, który rzekomo zajmuje się ochroną środowiska i otrzymał mój głos. Mam nadzieje, że otrzymam odpowiedz i "2mln" butelek zostanie usunięte spod naszych nóg.
Jeżeli chodzi o trening to idzie całkiem nieźle. Wczoraj udało się zrobić 15x200m w tempie 29-30 sekund co skłoniło mnie do wzięcia udziału w 3 edycji cieszyńskiego biegu Frotuny. Sprawdzam się, więc na dystansie 10km i liczę na dobry humor po biegu. :)
Dziś biegałem z Jarkiem Gniewkiem z bieganie.pl. Zrobiliśmy 1:20 wybieganie w tempie oscylującego w granicach 4:10-4:20.
Mam nadzieje, że już następny tydzień zacznie przypominać prawdzwy tydzień biegacza, bo jak na razie jest różnie. Raz noga nie boli i daje pobiegać, a następnego nie pozwala dotruchtać do domu. We wtorek przekonałem się jednak, że ponad miesięczna przerwa nie zaszkodziła mi, aż tak strasznie. Biegałem tak na prawdę nie wiem co po prostu przyśpieszyłem najpierw do tempa 3:25 na którym przebiegłem 3km, a po nich przyśpieszyłem do 3:12. 3:12 utrzymałem przez 4km i skończyłem w 3:09 co daje 15:57 na 5km. Wszystko to na 4 nawrotach gdzie zgubiłem pewnie jakieś 10-15 sekund.
Dziś biegałem 15km wybiegania, ale niestety ostatnie 2 to był jedynie trucht z grymasem na twarzy, który pewnie wyglądał jakby mi kazali pić litry tranu czy innego obrzydlistwa. :)
Nie mam zamiaru zmieniać tego bloga z tematycznego w ogólnego czy piszący o mnie jednak dla rozluźnienia chciałbym też czasem poruszyć inne tematy aniżeli bieganie.
Tym razem chciałbym napisać trochę o sobie i o oddawaniu swoich organów innym.
Mówiąc szczerze zawsze uważałem się za wybitnego egoistę i wydaje mi się, że nie przesadzam z tym stwierdzeniem. Pamiętam bardzo dokładnie ankietę wypełnianą na szkoleniu dotyczącym przyszłej kariery zawodowej z której wychodziło, że nie nadaje się do prac społecznych, pomocy ludziom, a już na pewno nie prac charytatywnych. Mówiąc szczerze zawsze byłem bardzo interesownym człowiek, który niechętnie wysilał się za darmo dla ogółu. Kilka lat poważnego życia troszkę, a nawet bardzo mnie zmieniły i obecnie najbardziej widocznym dokumentem w moim portfelu nie jest kolejna karta debetowa, ale oświadczenie woli dotyczące możliwości transplantacji moich organów w razie śmierci. Może to trochę głupie dla kogoś kto nie skończył jeszcze 24 lat, ale nikt nie wie co spotka nas za rogiem.
Jak każdy wie, a może się dowie zdrowie jest najważniejsze i dlatego warto chyba pomyśleć o tych, którzy tego zdrowia potrzebują i mogą je otrzymać. Biegam każdego dnia przez ostatnie kilka lat, więc organy mam jak najbardziej zdrowe. Jednym zdaniem mówiąc po prostu mogę się na coś przydać nawet po śmierci, a może jednocześnie zapewnie sobie choćby czyścieć jeśli takowy istnieje, bo niestety na ziemi nie jest mi dane w niego uwierzyć.
Was też zachęcam do wydrukowania jednej małej karteczki, która może uratować czyjeś życie zapobiec cierpienia dzieci zmarłej matki czy ojca, a może pozwoli być szczęśliwym osobie, która nie miała okazji jeszcze tego szczęścia zaznać.
Trzy dni temu napisałem, że pojawi się coś na temat Baracka i wąsów Małysza, ale szczerze mówiąc wcale nie jestem w nastroju do tworzenia dziwnych historii. Moja wyobraźnia musi poczekać na lepszy dzień.
Jak na razie denerwuje mnie moja noga, której chyba kompletnie odbiło i nie daje za wygraną. Po wczorajszych 15km i 10 rytmach znów bolała i to niestety solidnie. Chyba muszę zastosować naturalne metody z użyciem kapusty, cebuli i ziemniaków.
Jak na razie jednak spróbuje jutro pobiegać wraz z grupą "Biegam, bo lubię" podobnie jak tydzień temu nie będzie to duże obciążenie, więc można ryzykować.
Świat się zmienia, a już napewno Polska. Prezes pierwszy raz w życiu zrobił sam zakupy w Biedronce czy innej Stonce, cukier za niedługo osiągnie cenę Vitargo, a napromieniowani Japończycy już wkrótce pobiegną 1:45 w maratonie. :)
Niestety mój mały świat też mocno zmienił kształty po średnio aktywnych tygodniach. Oczywiście nie przeszedłem transformacji w prowadzącego "Szanse na sukces" i chcę zdementować plotki, abym miał zamiar zastąpić Wojciecha Manna na stanowisku. Nie jestem najlepszy w losowaniu wcześniej ustalonych piosenek, więc pozostane przy bieganiu. Kontunuując, średnia aktywność spowodowała, że uszło ze mnie trochę powietrza i może nie potrzebuje wulkanizatora, ale za to napewno systematycznego treningu.
Dziś zrobiłem 10x400m w tempie 1:10-1:12 i niby nogi działały poprawnie czyli biegły w przód, ale sercu przydałby się jakiś by-pass czy inne pieruństwo, które polepszyłoby jego działanie. :)
Jednym słowem mówiąc nie będzie mnie na 99% w Warszawie tego weekendu, chociaż zapłaciłem już haracz. Niestety dojazd i nocleg do Warsaw kosztuje ok. 200zł, więc nie fatyguje swojego anorektycznego portfela, bo boje się, że mogliby mnie posądzić o znecania się nad nim (głodzenie) i zamknąć na 5 lat dożywocia.
Take care Folks.
P.S. Podobno jednak to nie była Biedronka, ale i tak stał się bohaterem narodu i telewizji, robiąc zakupy. Może ja też jutro zostane, oglądajcie TVN24, a nawet Al Jazeere Sport czy Weather Wojciech Gajny kupuje jabłka Golden i mleko w woreczku. Już jutro w każdym domu od irackiej prowincji po Ciupago (Illinois).
P.S 2
Jutro także albo nawet pojutrze, ki cholera wie kiedy wpis na temat:
"Dlaczego po wizycie Baracka zamiast zniesienia wiz otrzymamy darmową grochówkę w stołówkach pracowniczych" do tego praca prawie doktorancka o "Badaniach wąsów Adama Małysza w tunelu aerodynamicznym"- to przydatne dla wszystkich którzy zapuszczają, a mają zamiar biegać w weekend. Na 100% pojawi się też coś na temat biegania. :)
Chyba, że mi odbije sodówa do głowy po tych zakupach.
Po blogowym odpoczynku od biegania wracam do tematu.
Skoro zacząłem od odpoczywania to będę kontynuował. Nie chodzi mi o odpoczynek dla nóg, serca czy płuc, a bardziej psychiki. Przez ostatnie miesiące zmuszałem do biegowego wysiłku moje stawy, mięśnie, ale również mózg. Czas zimowych przygotowań to czas w którym rodzą się plany, cele, oczekiwania i niepokoje. Mówiąc szczerze moja psychika nie należy do żelaznych i nie lubię napięcia związanego ze zbliżającym się sezonem i czasem pierwszego sprawdzianu. Ten mam już za sobą i choć wypadł blado, nie mówiąc bardzo blado to jednak obecnie odpoczywam i nie przejmuje się tym co mnie czeka.
Możliwe, że wystartuje w już opłaconym półmaratonie warszawskich, choć nie jest to jeszcze pewne i wiele zależy od mojej nogi, która podczas dzisiejszego truchtu w "Trójkowej" grupie Biegam, bo lubię nie bolała. Nie wprawia mnie to jednak w znakomity nastrój, bo mam w sobie jeszcze troszkę racjonalizmu i wiem, że przy normalnym tempie może być zupełnie inaczej.
Wydaje mi się, że czasem kontuzja nie musi być katastrofą. Wręcz przeciwnie czas kontuzji może okazać się zbawieńczy dla mięśni, ale również dla psychiki. Kontuzja pozwala na zabicie wyrzutów sumienia spowodowanych opuszczeniem treningu na rzecz spotkania ze znajomymi, które okaże się zdecydowanie bardziej pożyteczne, aniżeli kolejne 15 czy 18km wybiegania w tempie 4:05.
Ja patrzę optymistycznie w przyszłość i wiem, że jeżeli nie uda się dotrzeć na start warszawskiego biegu mam cały sezon, który dzięki tej kontuzji może być równie owocny jak i bez niej.
Dziś tak jak już wspomniałem spotkaliśmy się w gronie ludzi biegających, bo lubią i jak zwykle było bardzo towarzysko. Nie było forsowania tempa, patrzenia na zegarki czy pulsometry. Po prostu trochę wspólnego truchtania w przyjemnej atmosferze i 20 centymetrowym śniegu.
Dziś trochę na inny temat, bo szczerze mówiąc w moim biegowym życiu nie wiele się dzieje. Powód oczywiście ten sam i już kilka razy na blogu się pojawiający: kuśla. :P
Nie mam zamiaru pisać o "bulu" czy "nadzieji" Prezydenta RP, bo kogo normalnego to interesuje i szokuje. Napiszę natomiast na tematy, które pewnie dotyczycą nas wszystkich, o ile nie jesteśmy pustelnikami zamkniętymi gdzieś pod Kasprowym Wierchem, którzy raz na czas przebierają się w jeansy Calvin Kleina tylko po to, żeby wyskoczyć do kafejki internetowej poczytać mojego bloga. (myślę, że to mały odsetek moich nielicznych czytelników :) większość pustelników woli Levi'sy).
Pomijając gusta dotyczące świata mody chciałbym poruszyć kwestię konserwacji sprzętu elektronicznego. Od jakiegoś czasu mam w głowie pomysł, aby uświadomić trochę "naród" (jakby to powiedział Jacek Kurski czy inna żmija) w kwestii zbawieńczego wpływu konserwacji sprzętu elektronicznego na długość jego działania, a także zahamowanie tworzenia niekoniecznie prawdziwych opinii na temat ludzi korzystających z wspomnianego "elektrozłomu".
Otóż drodzy Panie i Panowie pewnie niewielu z Was zastanawia się ile milionów roztoczy, które tak pięknie pokazywał Wam Pan od prezentacji odkurzaczy piorących siedzi w Waszych wentylatorach laptopowych zapychając je i doprowadzając do ruiny podobnie jak jabol doprowadza do ruiny wątrobę poczciwego gentelmena spod sklepu wielobranżowego "Poziomka". Większość z Was pewnie używa swoich laptopów równie często jak swoich paznokci, a jednak paznokcie obcinacie, piłujecie, obgryzacie (też forma pielegnacji tyle, że bardziej prymitywna, ale zawsze) czy w nawet skrajnych przypadkach malujecie (transwestyci i kobiety, którzy pewnie też są w grupie moich czytelników). Nie obiecuje Wam, że jako serwis elektroniczny obgryziemy Wam wiatrak czy radiator (chyba, że Szanowny Kolega Maruś którego pozdrawiam będzie głodny), ale mogę zagwarantować, że każda konserwacja jakiekolwiek sprzętu spowoduje, że zaoszczędzicie swoje pieniądze.
Wydaje mi się, że np. z drukarkami jest podobnie jak z białymi Adidasami. Jeśli przez pół roku nie wymyjesz ich ani razu nie masz co liczyć na miliony kilometrów czy świetny wygląd po długooczekiwanym praniu. Jeśli z drukarki tusz wylewa się jak Wisła podczas zeszłorocznej powodzi to można zaliczyć to do tragedii na dużą skalę. Tragedia dotyczy Was i mnie jako serwisanta babrającego się po łokcie w tęczowych barwach wychodząc na geja (od kolorów), ktory na dodatek ma niezadbane dłonie. Wszystko to powoduje złą opinie na Wasz temat i mój prawie pustelniczy tryb życia.
Dodatkowo w dużym odsetku drukarki takie psują się po konserwacji dużo częściej co za tym idzie częściej widzicie faktury VAT z moim podpisem.
Oczywiście analogicznie sytuacja ma się w przypadku dużo droższych drukarek laserowych czy igłowych. Przytoczę tu przykład dzisiejszego Lexmarka E350d, którego właścicielem był wyjatkowy flejtuch. Niedość, że przez wszechobecny toner brudne były moje ręce to brudne były wszystkie rolki, fuser (część drukarki zgrzewająca toner) czy sprzęgło. Wszystko to tego flejtucha kosztowało ponad 200zł podczas, gdy normalna konserwacja tej drukarki kosztuje 60-80zł.
Na koniec wróce jeszcze do laptopów, które pewnie są bardziej popularne. PR-owcy Tuska chyba są zwolennikami teorii, że liczby działają na wyobraźnie najlepiej, więc napiszę prosto i z użyciem "cyferków". Konserwacja laptopa 80-150zł natomiast naprawa płyty głównej, której przyczyna jest w większości zbyt wysoka temperatura pracy spwodowana brakiem konserwacji to bagatela 360zł. Oczywiście wszystkie ceny to ceny netto i czy to w BB czy w Ciechocinku są one podobnie, a nawet w Ciechocinku wyższe (pewnie ze względu na większy odestene romansów ludzi w wieku przekraczających 70 lat)
Wniosek jeden, chcecie wydać 100 czy 200zł na węglowodany o smaku brzoskwini czy sok z antonówek konserwujcie sprzęt za wczasu, oszczędzajcie pieniądze, czas i nerwy. No i oczywiście szukajcie miejsc z małym odsetkiem romansów po siedemdziesiące (w BB jest ich mało).
Peace.
P.S. Dawać "Lubię to" na Fejsbuku, a może załatwie jakiś rabat na wymiane pampers (oczywiście to taka część w drukarce zbierająca tusz).
P.S. 2 Widzę, że po małej różnicy zdań z Marcienem Nagórkiem zniknął odnośnik do mojego bloga. Płakać nie będę. :)))